• Wpisów:73
  • Średnio co: 20 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 20:07
  • Licznik odwiedzin:5 621 / 1505 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Nie mieszczą mi się tutaj już zdjęcia, więc nie będę ich wstawiała . Jeśli ktoś miałby ochotę, to zamiast tutaj, zapraszam do odwiedzania mojego bloga http://szydelkowa-planeta.blogspot.com/
Niech włóczka Was prowadzi, niczym nić Ariadny!
 

 
Zrobiłam ostatnio szydełkową lalę, ale nie mogę dodać tutaj zdjęć, bo są za duże . Jeśli ktoś miałby ochotę ją zobaczyć to zapraszam tutaj -> http://szydelkowa-planeta.blogspot.com/2015/10/panna-eulalia.html
 

 
http://szydelkowa-planeta.blogspot.com/2015/07/szydekowa-nimfa-wodna.html
Dawno temu była sobie kropla wody, która spadła razem z innymi kroplami deszczu na ziemię. Od innych kropel różniło ją to, że spadła dokładnie na maleńkie niebieskie nasionko. Było to nasionko nimfy. Takie nasionka to rzadkość. Nikt nie wie skąd się biorą i w jaki sposób w środku znajduje się zarodek nimfiego dziecka. Kiedy do nasionka dostaje się woda zaczyna ono kiełkować, rosnąć, pojawia się niewielki niebieski pąk, po otwarciu, którego ze środka patrzy na świat dziwne stworzenie, niepodobne do innych. Tak właśnie wyglądały narodziny małej Grzybieńki.
Swoje imię znała od początku, nie wiadomo właściwie skąd i dlaczego. Jej kwiat wyrósł nad panią Rzeką gdzie żadnych grzybieni nie ma, ale i tak wszyscy ją tak nazywali. Grzybieńka nie potrafiła powiedzieć czy Rzeka i wszystkie rośliny, ptaki ją lubią. Zawsze były zajęte sobą, neutralne. Wysłuchiwały tego co ma im do powiedzenia, ale zawsze miała wrażenie, że to rozmowa z samą sobą. To też jej pomagało, ale brakowało jej kogoś z kim mogłaby się pobawić. W końcu była jeszcze bardzo młodą nimfą, miała dopiero 100 lat. I to właśnie w swoje setne urodziny postanowiła podjąć ważną decyzję i wybrać się na wyprawę w poszukiwaniu kogoś podobnego do niej.
- Jak myślisz Rzeko - pytała - czy jest na świecie ktoś podobny do mnie? Czy jest szansa, że kogoś takiego spotkam?
Rzeka na to jedynie zaszumiała i płynęła dalej spokojnym nurtem. Grzybieńka westchnęła i poszła do Wierzby. Przytuliła się do niej i zapytała.
- Wierzbo, czy dobrze robię wyruszając na poszukiwania kogoś takiego jak ja?
Wierzba zatrzęsła listkami, a mała nimfa poczuła jak leniwie przesuwają się myśli drzewa.
- Nie dowiesz się, póki nie sprawdzisz - usłyszała wierzbowy szept.
Tak oto Grzybieńka podjęła decyzję.
- Niedługo wrócę - powiedziała smutno i wygięła buzię w podkówkę - Będę za wami tęskniła, ale muszę się przekonać czy istnieje ktoś taki jak ja - powiedziała do Rzeki, ryb i wszystkich roślin
Rośliny pokiwały gałązkami, ryby zatrzepotały płetwami, a Rzeka zaszumiała. Tak pożegnana nimfa wyruszyła przed siebie. Mimo, że bardzo pragnęła tej wyprawy, zrobiło jej się bardzo smutno i uroniła kilka dużych łez. Prędko jednak musiała wziąć się w garść, bo przeprawa przez łąkę z wysokimi trawami wcale nie była taka prosta. Przedzierała się jednak dzielnie wiedząc, że teraz nie ma już odwrotu.
- Kim jesteś? - usłyszała niespodziewany cienki głosik. Zamarła wpół kroku. Nikt nigdy nie pytał Grzybieńki kim jest. Wszyscy o to wiedzieli, więc w pierwszej chwili nie wiedziała co odpowiedzieć.
- Jestem Grzybieńka, wodna nimfa. A Ty kim jesteś? - zapytała, starając się nadać głosowi odważny ton. - Pokaż się! - dodała zdecydowanie.
- A nie zrobisz mi krzywdy? - wydukał cieniutki głosik.
- Nie, ale lepiej wyjdź, bo dziwnie czuję się nie wiedząc z kim rozmawiam.
Z pomiędzy trawy wyłoniło się coś bardzo małego i ciemnego. Miało więcej nóżek niż Grzybieńka, ale kształt, który kojarzyła już wcześniej. To owad - pomyślała.
- Dzień dobry, nazywam się Pączuś i jestem kleszczem. Przepraszam, że tak się ukryłem, ale nie wiedziałem kim jesteś. Nigdy nie widziałem takiej dziwnej istoty jak Ty. Trochę się przestraszyłem.
- Nie masz powodu się mnie bać, nie robię nikomu krzywdy. Opiekuję się Rzeką... - zamyśliła się - a właściwie może to Rzeka opiekuje się mną.
- Słyszałem o Rzece - powiedział Pączuś. - Nie chodzę tam jednak, bo to dla mnie za daleko. Zresztą mam ważniejsze zajęcia - dodał dumnie.
- A jakie, jeśli można wiedzieć? - zainteresowała się mała nimfa.
Kleszcz jakby tylko czekał na to pytanie. Wypiął dumnie odwłok.
- Poluję na Nogę - rzekł!
- Ojej - oczy nimfy zrobiły się okrągłe ze zdumienia. - Czy to jest jakieś groźne zwierzę?
- Tak! To bardzo wysokie zwierzę. Kiedy je zauważę muszę na nie wskoczyć i uważać, żeby nie spać. Nogi poruszają się bardzo szybko. Uważaj więc kiedy chodzisz po łące, bo może Cię zmiażdżyć.
Grzybieńka bardzo się przestraszyła i obiecała ostrożność. Nimfa widziała czasem Wielkich, ale z daleka. Nie przypuszczałaby, że groźna noga o której opowiada kleszcz, nie jest żadnym stworzeniem, ale należy do tych dużych istot, które obserwowała. Czasami marzyła, żeby z którąś z nich porozmawiać, ale Rzeka powiedziała jej, że tak nie wolno. Kiedy Grzybieńka zapytała dlaczego usłyszała tylko pluskanie wody. Stosowała się jednak zawsze do tej zasady. Wiedziała, że Rzeka chociaż małomówna, jest bardzo mądra i na pewno ma rację.
- Więc mówisz, że nigdy nie widziałeś nikogo takiego jak ja? - podjęła temat nimfa. Kleszcz pokręcił odwłokiem, co pewnie u kleszczy oznaczało przeczenie.
- A ja właśnie szukam innych nimf. Często czuję, że nikt mnie nie rozumie. Rośliny i zwierzęta żyją swoim życiem, a ja jestem samotna.
Dla Pączusia pojęcie samotności okazało się tak jak dla wszystkich nad panią Rzeką, nieco abstrakcyjne, ale starał się wykazać zrozumienie.
- Na łące nikogo takiego nie ma. Przynajmniej ja nigdy nie słyszałem, ale może udaj się do lasu. Słyszałem, że tam jest więcej różnych stworzeń.
Grzybieńka pokiwała główką i w jej wodnym serduszku pojawiła się nadzieja. Kleszczuś pokazał jej najkrótszą drogę do lasu, Grzybieńka podziękowała, ucałowała go serdecznie i poszła przed siebie. Najkrótsza droga, wcale nie była taka krótka. Nimfę zastała noc i musiała po raz pierwszy spać na ziemi przykryta liściem, zamiast w wodzie (Grzybieńka potrafiła oddychać również pod wodą).
Nad ranem straciła trochę orientację, ale pytała o drogę pszczół i dzięki temu zmierzała do celu. Po drodze spotkała ją krótka zniechęcająca rozmowa, po której, gdyby tylko miała bliżej do Rzeki, pewnie by zawróciła. Idąc pomiędzy trawami, natknęła się na sieć pajęczą. Spacerował po niej pan Pająk. Kiedy dowiedział się gdzie i po co Grzybieńka zmierza, wybuchnął śmiechem.
- Też coś! Szukać takich dziwolągów jak Ty? Haha! Na pewno nikogo takiego nie znajdziesz. Wszystkie szanujące się stworzenia mają trochę przyzwoitości, żeby nie wyglądać tak jak Wielcy - dodał trochę wzburzony - Powinnaś żyć jak inne stworzenia, a nie szukać jeszcze kogoś podobnego. Może jeszcze pójdziesz do Wielkich i z nimi się zaprzyjaźnisz? Haha!
Nimfę zmartwiły te słowa. Może rzeczywiście jestem bardziej podobna do Wielkich niż do wszystkich stworzeń? - myślała. Co w takim razie tu robię? Może naprawdę jestem jakimś dziwolągiem i tylko robię z siebie wariatkę, idąc tak daleko od mojej Rzeki.
Niestety nimfa nie miała już wyjścia, była bardzo blisko lasu, a bardzo daleko od pani Rzeki. Pożegnała się więc jak najszybciej z panem pająkiem i pobiegła przed siebie łykając łzy. Nawet się nie spostrzegła kiedy zewsząd otoczyły ją drzewa. Zdumiona uniosła głowę. Było tutaj naprawdę przyjemnie. Pachniało ładnie, a pod nogami miała miękki dywanik z igliwia.
Nimfa poczuła się w lesie bardzo dobrze, chociaż kiedy próbowała rozmawiać z drzewami, odpowiadały jej podobnie jak te rosnące nad Rzeką. Nie dowiedziała się więc zbyt dużo. Na szczęście udało jej się znaleźć niewielką pokrzywę. Rosła sobie grzecznie, wygrzewając parzące listki na słońcu.
- Dzień dobry Pokrzywo - zagadnęła uprzejmie Grzybieńka. - Nie wiesz może czy są tu jakieś stworzenia podobne do mnie?
Pokrzywa najpierw długo milczała. Nimfa już myślała, że nadal niczego się nie dowie, gdy wtem usłyszała spokojny głos wydobywający się z roślinki.
- Jest tutaj nimfa, podobna do Ciebie, ale ma zielone włosy. Często tu biega. Szukaj jej jeśli chcesz.
Pokrzywa zamilkła i nic więcej już nie powiedziała. Grzybieńka dygnęła uprzejmie i podziękowała.
- Co by tu zrobić? - mruknęła sama do siebie. Nie za bardzo wiedziała jak w takim dużym lesie, znaleźć kogoś tak malutkiego jak ona sama. W końcu wymyśliła, że spróbuje wdrapać się na drzewo. Nie była to prosta sztuka. Drzewa były wysokie, a ona maleńka. Na szczęście udało jej się tego dokonać i mogła rozejrzeć się po lesie. Początkowo niczego innego nie zauważyła. Tylko drzewa, inne rośliny, ptaki. Wtem jednak coś jaskrawozielonego mignęło między drzewami. Tak oto Grzybieńka po raz pierwszy zobaczyła inną nimfę. Była bardzo zwinna, skakała po drzewach jak wiewiórka. Była podobna do Grzybieńki, chociaż instynktownie wyczuwało się też jakąś różnicę. Tamta nimfa była zdecydowanie bardziej żywa, poruszała się niesamowicie szybko. Ubrana była w liście i korę, a do włosów przyczepione kwiaty.
Grzybieńka zdecydowała się zejść z drzewa i zapoznać z tą energiczną nimfą. Miała nadzieję, że skoro są z tego samego gatunku, to tamta nic jej nie zrobi. Mimo wszystko i tak trochę się obawiała. Przystanęła więc za drzewem i obserwowała jak zielonowłosa nimfa przysiadła na szyszce i ćwiczy wymachy patykiem.W końcu wzięła głęboki oddech, wyjrzała zza pnia.
- Cześć - pisnęła. - Jestem Grzybieńka i jestem nimfą wodną. Czy Ty też jesteś nimfą?
Zawstydzona zaszurała nóżkami po igliwiu. Zielonowłosa uniosła głowę, spojrzała na Grzybieńkę i uśmiechnęła się od ucha do ucha.
- Och, tak dawno nie spotkałam żadnej nimfy, jak się cieszę! - podskoczyła wesoło, wzięła Grzybieńkę za ręce i odtańczyła z nią radosny taniec wokół pnia.
- Ja jestem Olszynka - powiedziała w końcu zdyszana. - Mieszkam w tym lesie i opiekuję się nim. A Ty gdzie mieszkasz? - zapytała.
Tak zaczęła się przyjaźń Grzybieńki z Olszynką. Mimo, że obie nimfy miały różne charaktery, od razu bardzo się polubiły. Grzybieńka opowiedziała o swojej Rzece, a Olszynka o swoim Lesie. Bawiły się cały dzień, biegając wokół drzew. Mogły też rozmawiać ze sobą do woli.
Olszynka pokazała Grzybieńce pozostałości po grzybach z tamtego roku. Mała nimfa po raz pierwszy widziała coś takiego. Była zadziwiona.
Dzień szybko minął i Grzybieńka musiała wracać do swojej Rzeki. Obiecały sobie z Olszynką, że będą często się odwiedzać i tak też robią do tej pory. Teraz Grzybieńka nie czuje się już inna od wszystkich stworzeń, a Olszynka ma komu opowiadać o tym jak wygląda życie nimf. Grzybieńka wiele nauczyła się od przyjaciółki i teraz obie są szczęśliwe.
 

 
  • awatar Malina2000: Jakie urocze choć lekko za duży :3 zazdroszczę talentu bo ja takich rzeczy nie umiem zrobić :) Po 111 dniach wracam na pingera i muszę to wszystko od nowa odbudować ( a to nie jest proste) Czy mogłabyś mi w tym pomóc? Wystarczy parę komentarzy i zaobserwowanie :) Z góry dziękuję
  • awatar Tysia Koliberek: @hairlovelo: Dziękuję! :) Maki i chabry zrobiłam z krepiny, trawy są żywe z łąki :). Stelaż to leszczynowa gałązka, cienkim drucikiem przymocowane do tego kwiaty i to owinięte zieloną bibułą.
  • awatar hairlovelo: Z czego jest zrobiony? bardzo ładny :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
http://szydelkowa-planeta.blogspot.com/2015/04/franciszek-chrum-chrum-czyli-szydekowy.html
Pewnie niektórzy z Was znają węża Hieronima. Franciszek to jeden z jego przyjaciół. Pojawił się na planecie Hieronimii zupełnym przypadkiem, zgubił drogę, ale cała planeta i stworzenia, które tam mieszkały tak mu się spodobały, że postanowił wybudować sobie tam swój domek i zamieszkać razem z nimi pośród kwiatów.
Franciszek Chrum Chrum był uważany przez wszystkich za bardzo grzeczne i uprzejme zwierzątko. Zawsze chętny do pomocy, wesoło bawił się z innymi i nigdy nie narzekał. Był trochę nieśmiały, ale nikomu to nie przeszkadzało. Przy domku miał ogródek i często można było zauważyć jak swoją ulubioną niebieską konewką, podlewa kwiatki. Wyglądał przy tym tak niewinnie i różowo. Ach jakże zdziwiłyby się inne zwierzątka, gdyby wiedziały, że ten z pozoru niewinny prosiaczek, wcale aż taki niewinny nie jest. Franciszek bowiem na okrągło... zazdrościł.
Najpierw były to pojawiające się od czasu do czasu i szybko ulatniające się myśli. Na przykład: "ach, jaki piękny długi i czerwony język ma wąż Hieronim. Szkoda, że ja takiego nie mam" lub "ach, jakie olbrzymie ostre zęby ma smok Januszek, też chciałbym takie mieć". Myśli te nie przeszkadzały jednak prosiaczkowi. Szybko o nich zapominał i dalej zajmował się swoim ogródkiem.
Z czasem coś się zmieniło. A zaczęło się od pewnej z pozoru zwyczajnej rozmowy.
Pewnego dnia Franciszek pracując właśnie na grządce z warzywami, zauważył przechodzącego, biegnącą nieopodal ścieżką, węża Hieronima. Tym co przykuło jego uwagę, nie był jednak sam wąż, ani nawet jego piękny język, a wielki kapelusz, który to ów miał na sobie.
- Dzień dobry Franiu ssss! Jak rosną marchewki ssss? - Zagadnął uprzejmie wąż, jeszcze do niedawna siejący postrach w całym wszechświecie.
- Dzień dobry wężu - odpowiedział prosiaczek, wpatrując się jak urzeczony w kapelusz. - Marchewki? Taaak, rosną rosną - rzucił roztargniony. - Widzę, że masz nowy kapelusz - dodał z pozoru obojętnie.
- To prawda sss! - syknął radośnie wąż. - Dostałem go w prezencie od Celinki ssss. Podoba Ci się ssss?
Prosiaczek spuścił głowę i zaczął intensywnie dziabać motyką dookoła marchewek.
- Taaak, jest całkiem ładny - mruknął.
Biedny Franciszek, tak naprawdę był zachwycony kapeluszem. Poczuł jednak coś dziwnego, jakby złość na Hieronima, że ten ma taki piękny kapelusz, a on nie. Trzeba tu wyjaśnić, że prosiaczek niemal od zawsze marzył właśnie o takim nakryciu głowy. Jak na złość jednak nigdy nie mógł sobie takiego kupić, a tutaj proszę Hieronim nie dość, że taki ma to jeszcze dostał go w prezencie! Dla Franciszka to było za dużo. Dotąd lubił węża, ale teraz myślał tylko o wielkiej niesprawiedliwości jakiej doznał. Czemu to Hieronim dostał kapelusz, a nie on?
Hieronim najwyraźniej nie zauważył co dzieje się z prosiaczkiem i dalej wesoło gawędził. Potem udał się przed siebie, na swoją ulubioną łąkę, sprawdzić jak wiedzie się motylom. Tymczasem prosiaczek pogrążył się w niewesołych myślach o braku kapelusza i o tym jak pięknie wyglądałoby jego życie, gdyby jego kapeluszowe marzenie się spełniło.
Niestety okazało się, że nie był to koniec zmartwień prosiaczka. Na drugi dzień odwiedził go smok Januszek. Był to bardzo elegancki pan smok. Zawsze chodził z czarną muchą przymocowaną do szyi. Smok Januszek pracował w przedszkolu, ale tego dnia miał wolne. Dostał zwolnienie lekarskie ponieważ zachorował na rozwłóczkę. Choroba objawiała się nitką sterczącą z końca języka pod dziwnym kątem. Wystarczyła jednak tylko jedna tabletka szydełka i Januszek szybko wrócił do zdrowia. Pozwolił sobie jednak na krótką rekonwalescencję i wtedy to właśnie odwiedził Franciszka. Opowiadał mu o wielu przygodach, które przeżywał w przedszkolu, a prosiaczkowi coraz trudniej było zrozumieć dlaczego to nie on jest na miejscu smoka.
- Muszę powiedzieć Ci Franciszku - mówił Januszek spokojnym tonem, jak przystało na smoka. - że ostatnio wyrosła mi w ogródku oczawnica wodna. Byłem pewien, że nic z tego nie wyjdzie. Podobno rośnie jedynie na planecie Lipy w Proszku. Wyobraź sobie jak bardzo zdziwiłem się kiedy, do mnie zamrugała! Naprawdę jestem wielce zdumiony.
Franciszek aż zacisnął swoje szydełkowe ząbki. To przecież on powiedział Januszkowi o oczawnicy wodnej i o tym co zrobić, żeby wyrosła w zwyczajnym ogrodzie. Była to jednak bardzo trudna sztuka i do tej pory nikomu się nie udawała. Franciszek miał nadzieję, że będzie tym pierwszym, a teraz okazuje się, że jego marzenie przywłaszczył sobie smok!
Kolejne dni upłynęły Franciszkowi na złoszczeniu się. Ciągle myślał o tym jak Hieronim i Januszek mają od niego lepiej. Ba! Oni wręcz ukradli mu jego marzenia! Franciszek słyszał, że jeśli bardzo się będzie czegoś chciało to na pewno się to spełni. Całymi dniami rozmyślał, więc o tym, że chce mieć piękny kapelusz taki jak wąż i oczawnicę wodną w ogródku tak jak smok, no i oczywiście chce też przeżywać przygody. Nic jednak z tego nie wychodziło. Wymarzonego kapelusza nigdzie nie mógł kupić, oczawnica nie chciała wykiełkować, a żadna przygoda nie miała miejsca. Prosiaczek denerwował się tym coraz bardziej.
- Przecież każdy mówi, że jeśli się czegoś bardzo pragnie to to się spełnia. Dlaczego u mnie nic takiego się nie dzieje? - mamrotał sam do siebie kompletnie zdruzgotany. - To niesprawiedliwe! Hieronim i Januszek nie zasługują na to, żeby im było tak dobrze i żeby mieli to co chcą. Oni wcale się nie starali. Mają więcej szczęścia niż rozumu!
Hieronim i Januszek mieli jednak o wiele więcej rozumu niż prosiaczkowi się wydawało. Po pewnym czasie zauważyli, że zwierzątko markotnieje i chyba nawet jest na nich o coś złe.
- Może poprawimy jakoś humor prosiaczkowi. Co o tym myślisz Hieronimie? - zapytał smok.
- Och tak, zróbmy to ssss - ucieszył się wąż. - Mam nawet pomysł ssss. Zróbmy piknik!
I tak oto przyjaciele prosiaczka zaczęli realizować swój plan. Januszek zrobił smocze kanapki z tajemniczymi składnikami znanymi tylko smokom i upiekł pyszne ciasto rabarbarowe. Z reszty rabarbaru ugotował nawet kompot. Hieronim trochę mu pomagał, ale gotowanie nie było jego mocną stroną. Oznajmił, że kupi prosiaczkowi prezent. Może będzie to jakiś sposób na poprawienie mu nastroju.
Kiedy wszystko było już gotowe przyjaciele udali się do Franciszka. Prosiaczek nie był chętny na żadne niespodzianki. W myślach złościł się na nich, ale nic o tym nie mówił. Chciał, żeby jak najszybciej się od niego odczepili.
- Nie daj się prosić ssss - wąż nie dawał za wygraną.
- Chodź z nami. Jeśli coś nie będzie Ci się podobało, damy Ci spokój - powiedział smok.
Prosiaczek zgodził się w końcu i wyszedł ze swojego domku. Przyjaciele wyciągnęli go na piękną łąkę. Rozłożyli tam mięciutki kocyk i posadzili na nim prosiaczka. Wyciągnęli przepysznie wyglądające jedzenie i picie. Prosiaczek niechętnie zaczął jeść. Mało się odzywał, ale sam fakt, że nie wraca jeszcze do domu, wzięli za dobrą monetę.
- O co więc chodzi Franiu? - zapytał po dłuższej chwili Januszek. - Co Cię trapi?
- Właśnie ssss. Obraziłeś się na nas ssss? - dodał wąż.
Franciszek siedział wyraźnie naburmuszony. Wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale nie chciało się to z niego wydostać. Wtedy Hieronim wyciągnął swój prezent.
- Prosiaczku, to dla Ciebie ssss. Pomyślałem, że poprawi Ci humor ssss.
To rzekłszy wąż wyciągnął... kapelusz!
- Nie wiem czy Ci się spodoba ssss. Może nie lubisz kapeluszy ssss. - rzekł zakłopotany wąż.
Prosiaczek szeroko otworzył swoje małe czarne oczka ze zdumienia. Cały się zarumienił. Teraz zrobiło się mu strasznie głupio. Zazdrościł wężowi kapelusza i tak źle o nim myślał, a tymczasem przyjaciel podarował mu go nawet nie wiedząc, że jest to największym marzeniem prosiaczka.
- Hieronimku! Januszku! - załkał prosiaczek. - Bardzo was przepraszam! Byłem zły, bo zazdrościłem wam, że macie to co ja chcę mieć. Myślałem o was takie okropne rzeczy. Tymczasem wy jeszcze robicie specjalnie dla mnie piknik i kupujecie kapelusz. Wybaczcie mi, proszę.
Przyjaciele odetchnęli z ulgą i wybaczyli Franciszkowi. Prosiaczek obiecał, że nie będzie już więcej się tak zachowywał, a jeśli coś nie będzie mu się podobało to zawsze będzie mówił to wężowi i smokowi wprost.
Od tej pory prosiaczek docenił swoich przyjaciół i cieszył się ich szczęściem zamiast zazdrościć. Wtedy to stała się rzecz niesamowita, w jego ogródku wyrosła oczawnica wodna! Marzenie prosiaczka się spełniło. Co do przygód zaś... o tym opowiem innym razem.
 

 
Bajka o szydełkowym wężu. Z bloga tutaj -> http://szydelkowa-planeta.blogspot.com/2015/04/bardzo-grozny-kosmiczny-szydekowy-waz.html
Dawno, dawno temu na pewnej małej planecie, na której do tej pory nic nie żyło, pojawił się wąż. Miał na imię Hieronim. Był to kosmiczny wąż latający. Trzeba od razu powiedzieć, że taki wąż to bardzo groźne stworzenie. Tam gdzie się pojawiał wywoływał popłoch, bo pożerał wszystko co napotkał na swojej drodze. Wszyscy się go bali i uważali za najokrutniejsze stworzenie jakie istnieje. Prawda była zaskakująca. Wąż nie robił tego złośliwie, taki już był z niego wężowy łakomczuszek. Dopiero kiedy zaspokajał głód, orientował się, że wokół niego, nie ma już nikogo z kim mógłby się pobawić. Robił się wtedy bardzo smutny i ze zwieszonym łepkiem pochlipywał nad swoim losem.
- Och ja nieszczęśliwy, nie mogę się z nikim we wszechświecie pobawić, bo każdy od mnie ucieka ssss. Nic dziwnego skoro nie potrafię oprzeć się, żeby kogoś nie schrupać ssss. Zupełnie nie wiem co mam na to poradzić ssss. Do końca życia będę tak latał pomiędzy planetami i zjadał ich mieszkańców ssss. Tak mówił do siebie mały smutny wąż, aż pewnego dnia zdecydował, że koniec z tym. Postanowił odnaleźć jakąś niezamieszkaną planetę i powoli chrupać to z czego jest stworzona. Niestety jak na złość, nie trafił ani na planetę z czekolady, ani z sera, ani nawet na taką w kształcie wielkiego kalafiora. Tak się złożyło, że kiedy to postanowił, najbliżej położoną planetą była pochmurna planeta cała pokryta śniegiem i lodem.Wąż wzruszył całym swoim ciałem, bo i cóż miał na to poradzić. Nie miał siły lecieć dalej, więc postanowił pozostać właśnie na tej. Planeta była niewielka, więc szybko ją zwiedził. Przy okazji nadał jej nazwę. Od swojego imienia nazwał ją Hieronimia.Hieronim na Hieronimii wiódł spokojne życie. Rozmyślał nad wężowymi sprawami, pełzał po lodzie, zjeżdżał z ośnieżonych pagórków na brzuchu i oczywiście zajadał. Najpierw cały śnieg, potem lód, a kiedy zabrakło i tego i tego, zabrał się za zajadanie ciemnych burzowych chmur. W końcu na całej planecie nic już nie zostało. Zrobiło się biało i pusto. Jak się okazało pod spodem Hieronimia była bieluteńka. Hieronim próbował jeść to białe coś, ale nic z tego nie wychodziło. Było zwyczajnie nienadające się do włożenia w pyszczek. Biedny wąż nie wiedział co począć. Bardzo chciał zostać na swojej planecie, ale głód doskwierał mu przeraźliwie. Poza tym nie miał tutaj już nic do roboty. Leżał więc zrezygnowany wpatrzony gdzieś w dal i rozmyślał co by tu zrobić.
I kiedy już miał wybrać się w podróż w poszukiwaniu nowego miejsca, stała się rzecz niezwykła. Hieronim aż przetarł oczy ze zdumienia. Gdzieś z wysoka sfrunęła najprawdziwsza anielica. Miała długie złociste loki i niesamowite ogromne skrzydła.
- Hieronimie - rzekła spokojnym czystym głosem. - Nazywam się Celinka i jestem aniołem. Dowiedziałam się o Twoim losie i postanowiłam Ci pomóc.
Hieronim nie mógł wydobyć głosu ze zdumienia. - Ale... dlaczego ssss? - Udało mi się w końcu wykrztusić.
- Jesteś smutny, a my anioły nie chcemy, żeby ktokolwiek się smucił. Nie możemy jednak za bardzo ingerować w to co dzieje się na planetach. Udało mi się jednak znaleźć sposób na to, żebyś zawsze był najedzony, tak że nie będziesz musiał pożerać innych stworzeń i dzięki temu będziesz mógł żyć z nimi w przyjaźni. - powiedziała Celinka uśmiechając się miło do węża. - Jednak - kontynuowała - tylko od Ciebie zależy czy będziesz przestrzegał zasady. Jeśli zabijesz jakiekolwiek żywe stworzenie, wtedy wszystko wróci do tego co jest teraz.
- A co będę jadł? - wyjąkał nieśmiało Hieronim. - Jem tak dużo na raz, że zawsze w końcu zaczyna brakować pożywienia i muszę polować.
- Już moja w tym głowa. - uśmiechnęła się Celinka i mrugnęła do niego łobuzersko.
Wzięła węża na ręce, a on wpełzł jej na ramiona.
- Teraz wyobraź sobie coś najpiękniejszego i najmilszego jak tylko potrafisz - rzekła Celinka.
Hieronim wytężył umysł i pomyślał. I nagle wokoło zaczęły pojawiać się kwiaty! Było ich mnóstwo. Wszystkie piękne i kolorowe. Na początku były to niewielkie kwiatuszki, które ledwo można było dostrzec wśród rozległej bieli planety. Potem zaczęły pojawiać się coraz większe, zapełniały powoli całą planetę, a ich zapach niósł się dookoła. Na niebie zaczęły pojawiać puchate obłoczki, a gdzieś w oddali zaszemrał wesoło strumyk.
Hieronim zaskoczony tym wszystkim, wpatrywał się w to co powstało.
- Jak... jak to możliwe ssss? Ty to zrobiłaś Celinko ssss? - zapytał.
- Och, oczywiście, że nie ja. To Ty! Przecież to Tobie kazałam pomyśleć o tym co uważasz za piękne i dobre. - Roześmiała się anielica. - Ja tylko użyczyłam Ci odrobinki swojej mocy. Gdybyś jednak wyobraził sobie coś złego, nic by z tego nie wyszło. Moja moc działa tylko w dobrych celach.
Hieronimowi nadal trudno było uwierzyć w to co widzi. Pełzał zachwycony pięknem planety. Zobaczył nawet krążące wokół kiatów motyle.
- Hieronimie, Hieronimie - zawołały. - Dziękujemy Ci, że dałeś nam taki piękny dom. Zostaniemy przyjaciółmi?
- Och tak ssss! - wykrzyknął radośnie Hieronim. Po chwili jednak posmutniał.
- Co się stało wężyku? - zapytała Celinka.
- Mam teraz piękną planetę i przyjaciół w postaci motyli ssss. - westchnął sycząco. - Cóż jednak z tego skoro i tak wszystko to zjem ssss.
Celinka uśmiechnęła się tajemniczo.
- Spróbuj - zachęciła węża.
Hieronim zrezygnowany podszedł do najbliższych kwiatów i zaczął je jeść. Jadł, jadł i jadł aż nasycił się zupełnie. Kwiatków jednak wcale nie ubyło. Motyle nadal miały nad czym fruwać, a on sam wcale nie miał ochoty ich zjadać. Ucieszył się straszliwie. Zatańczył z Celinką radosny wężowo-anieli taniec, a motyle fruwały wokół nich.
Tak mogłaby się skończyć ta opowieść, ale muszę dodać jeszcze jedną zadziwiającą rzecz. Hieronim spędzając czas z motylami, bawiąc się z nimi, przestał się wydawać taki straszny innym stworzeniom. Przybywały, więc do niego z innych planet i wszyscy razem wesoło się bawili. Wszyscy wiedzieli, że wąż je magiczne kwiaty. Powoli zaczęli też zauważać, że je ich coraz mniej. Hieronim dzięki pomocy Celinki, mając wokół siebie przyjaciół i stawiając czoła problemom, przestał nie tylko pożerać wszystko co spotkał na swojej drodze, ale zaczął jeść zwyczajną ilość magicznych kwiatów. A i kwiaty przestały być po jakimś czasie magiczne. Zamieniły się w całkiem zwyczajne, ale Hieronim na początku nawet tego nie zauważył. Dopiero dużo później zorientował się, a łzy popłynęły z jego wężowych oczu. Tym razem były to jednak łzy szczęścia.